Ogólnopolska giełda jachtów, łodzi i czarterów

Dokoła Irlandii Część I Dun Laoghaire – Waterford – Kinsale

Dokoła Irlandii Część I Dun Laoghaire – Waterford – Kinsale

8 Lis, 2017

W 2016 roku Dom Żeglarski MILA zorganizował długi, bo dwumiesięczny rejs etapowy wiodący ze Szczecina, przez Kanał Kiloński, Amsterdam w Holandii, Cherbourg we Francji, dokoła Irlandii i później przez Kanał Kaledoński, Orkady, Szetlandy do Bergen w Norwegii. Z Norwegii, odwiedzając po drodze piękne fiordy, przez porty Danii wróciliśmy do Szczecina.

Najbardziej „egzotyczny”, a może raczej niecodzienny był dwutygodniowy etap dokoła Zielonej Wyspy, czyli Irlandii. Pięknie opisała go uczestniczka rejsu Magda Wilk, która żeglarstwo zaczynała w „morskim” Szczecinie, a teraz wraz z rodziną mieszka w Dublinie.

Rejs zaczęliśmy osiemnastego lipca. O szesnastej wyszliśmy z portu w Dun Laoghaire i popłynęliśmy na południe, wierząc, że tam będzie cieplej. Dublin żegnał nas słoneczną pogodą i porywistym wiatrem z niesprzyjającego kierunku. Dla części załogi to pierwsza morska wyprawa, a dla innych powrót do pasji z młodości po wielu latach. Trochę nam zajęło dotarcie się, opanowanie systemu refowania żagli i utrzymywanie właściwego kursu, więc po przepłynięciu dwunastu mil morskich odkryliśmy, że jesteśmy w tym samym miejscu, co dwie godziny wcześniej. Przed nami setki mil, więc nie tracąc czasu pomogliśmy sobie silnikiem. Wrócimy do żagli, kiedy wiatr zmieni kierunek na bardziej sprzyjający.

Noc była zimna, ale jasna i pogodna. Księżyc odbijał się w rozfalowanej powierzchni wody srebrną poświatą, a na północnym niebie majaczyły pasma tajemniczych obłoków srebrzystych. Kiedy mijaliśmy latarnię Wicklow Head, wiatr zamarł, a nad spokojnym lustrem wody rozsnuł się opar mgły dodając naszej wycieczce romantyzmu i tajemniczości. Od drugiej do czwartej nad ranem próbowałam dojrzeć we mgle migające światła na szczytach wiatraków, wzniesionych na płytkiej łasze, kilka mil od lądu. Nawigowaliśmy pomiędzy farmą wiatrową, a lądem, prowadzeni światłami latarni morskich i czerwonych boi wskazujących bezpieczną odległość od brzegu.

O dziesiątej rano minęliśmy latarnię morską Tuskar Rock i odbiliśmy na zachód w kierunku na Hook Head, gdzie znajduje się ujście rzeki Suir. Do Tuskar towarzyszył nam samotny delfin butlonosy, polujący na ryby. Robert z mojej wachty próbował zwabić go bliżej burty, żeby lepiej wyszedł na zdjęciach. Pukał w pokład, ale udało mu się wywołać jedynie Kamila, oficera drugiej wachty, który zjawił się na pokładzie zaniepokojony harmiderem nad jego kabiną.

Rzeka Suir, zgodnie z opisem w locji, okazała się zaciszna i urokliwa. Mijaliśmy malowniczo położony fort Duncannon i rozliczne osiedla położone na niewysokich klifach gęsto obrośniętych zielenią. Po czternastu milach dopłynęliśmy do Waterford, gdzie zatrzymaliśmy się na noc. Mamy za sobą sto trzydzieści dwie mile morskie i dobę żeglugi.

Dawniej wierzono, że poziom wody w morzu zmienia się za sprawą monstrualnego potwora zamieszkującego dno oceanu. Kiedy Lewiatan był głodny, otwierał paszczę i wciągał wodę do przepastnego brzucha, razem z rybami, skorupiakami i innymi stworzeniami, a poziom morza opadał. Kiedy był pełen, zamykał paszczę i wydmuchiwał wodę przez nos, zatrzymując w żołądku pożywienie.

W obecnych czasach zjawisko pływów odarto z budzącego lęk misterium i wciśnięto w sztywne ramy matematyki. W almanachu można znaleźć dokładne dane do obliczenia, co do minuty, kiedy wystąpi najwyższa i najniższa woda w dowolnie wybranym porcie. Znajomość pór posiłków Lewiatana jest bardzo istotna, bo woda przybiera lub odchodzi bardzo szybko, tworząc silne prądy. Nasz jacht płynie ze średnią prędkością sześciu do ośmiu węzłów, czyli jedenastu do piętnastu kilometrów na godzinę. Kiedy trafi na przeciwny prąd o prędkości czterech węzłów, może bardzo długo kolebać się do celu. Jeśli pływ zderzy się czołowo z falą gnaną wiatrem, albo lokalnymi prądami, woda potrafi burzyć się, jak w kotle czarownicy nad piekielnym ogniem i nie należy do przyjemności żeglowanie przez taką kipiel. Trzeba tak obliczyć czas przybycia na miejsce, żeby wejść do portu z przypływem. Dlatego poprzedniej nocy zrezygnowaliśmy z żagli na rzecz silnika, żeby zdążyć na czas wieczornego przypływu i razem z nim pokonać czternaście mil w górę rzeki Suir.

Dzisiaj wstaliśmy wcześnie, zjedliśmy śniadanie i popłynęliśmy w dół rzeki na fali odpływu, który zaczął się o siódmej rano. Poranek w niczym nie przypominał wczorajszej orgii Słońca. Niebo pokryło się sinymi chmurami, a wiatr rozleniwił się na dobre. Otwarte morze przywitało nas martwą falą.

W jaki sposób umierają fale? Silny wiatr spiętrza je i gna przez morze, niczym poganiacz bydła na Dzikim Zachodzie. Kiedyś ustaje, ale masa rozkołysanej wody wytraca impet powoli. Fale robią się obłe, leniwe i z nudów bawią się jachtem, przechylając go powoli to na jedną, to na drugą burtę. Nie ma wiatru, więc jedyny ratunek w silniku. Kolebiemy się, jak tłusta przekupka na targu, objuczona koszami jabłek, torująca sobie drogę przez tłum bałwanów. Podzwaniamy luźnym takielunkiem i usiłujemy nie myśleć o żołądku podchodzącym do gardła. Kiedy wiatr wypełni żagle, jacht przechyli się na jedną burtę i zacznie ciąć wodę dziobem, ale przy martwej fali choroba morska zaciera ręce z uciechy.

Przed nami Kinsale, kolejny cel na naszej trasie. Historia miasteczka i rybackiego portu, sięga średniowiecza. Irlandczycy polecają to miejsce, jako jedno z najbardziej urokliwych miast na najpiękniejszym, południowo zachodnim wybrzeżu Irlandii. Miejsce przesiąknięte historią i romantyzmem, budzi tęsknotę za odrobiną tajemniczości w opisanej matematyką współczesności. Ale my dobrze wiemy, że Lewiatan, sprawca pływów nie mieszka na dnie oceanu. Jego srebrzysta twarz uśmiecha się do nas w pełnej krasie z nocnego nieba. Ma w sobie mistyczny magnetyzm, przyciągający kochanków, oraz morskie wody, które podnoszą się i opadają w rytm jego wędrówek dookoła globu.

Kolejny żeglarski przesąd mówi, żeby nie wpisywać w dziennik jachtowy portu docelowego, dopóki się w nim nie zacumuje. Po co kusić Neptuna i narażać się na jego niezadowolenie z ludzkiej pychy? A praktycznie myśląc, pusta rubryka z portem docelowym pozwala na elastyczność, niezwykle istotną przy kapryśnej pogodzie. Tym sposobem unika się konieczności kreślenia w urzędowym, bądź co bądź, dokumencie.

Wiatr to cichnie, to zrywa się, żeby wiać nam prosto w dziób. Do Kinsale dzisiaj nie dojdziemy, poszukamy schronienia w Cork

 

Rejs odbył się na jednej z Bavarii 37 Domu Żeglarskiego MILA

Magda Wilk

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Directory powered by Business Directory Plugin