Ogólnopolska giełda jachtów, łodzi i czarterów

Tydzień z życia skippera

Tydzień z życia skippera

31 Sty, 2013

Chorwacja, Sukosan sobota 14.30
Dzwonili pierwsi członkowie załogi. Dotarli na miejsce i czekają na mnie. Jacht mam posprzątany, wodę zatankowaną. Muszę jeszcze przejrzeć wszystkie zakamarki, sprawdzić, czy nie zostały jakieś rzeczy poprzedniej załogi i tak właściwie jestem gotów.
Od kilku miesięcy jest to mój dom, więc wiem dokładnie gdzie, co i w jakim kącie się znajduje. Sprawdzam mechanicznie. Nic nie zostało.
Mija godzina 16. Niby te dwie, trzy godziny są dla mnie, mam odpocząć, złapać chwilkę wytchnienie – a mnie już nosi. Jestem ciekawy kto przejechał. Nudzi mi się w marinie. Chciałbym znów znaleźć się na morzu. Nie chcę dłużej czekać. Dzwonie, umawiam się i idę po załogę. Przedstawiam się. Tak to ja, wasz skipper. Od dziś jesteście skazani na moje zasady.
Co tydzień przejeżdżają nowi ludzie, nowe załogi. Co tydzień wszystko muszę powtarzać.
Pierwsze spotkanie z łodzią. Uczę zasad poruszania się na jachcie, wyjaśniam co i kiedy wolno. Wszyscy w mesie, bagaże na pokładzie – i wydaje się, że jest strasznie ciasno. Pierwszy problem do rozwiązania – kto z kim i gdzie śpi. Kajuty na naszym jachcie są trzy, a cała załoga liczy 8 osób. Dwie osoby śpią w mesie. Pozostałe trzeba ulokować w kajutach.
Ja, czyli skipper, śpię w mesie. Jedna osoba musi spać na łóżku na drugiej burcie. Ciekawe czy chrapie? Po rozdziale miejsc, w przeciągu paru minut bagaże znikają w kajutach. Od razu robi się luźniej, teraz miejsca wystarcza dla wszystkich. Sprawdzam godzinę, pogodę, robię krótką lustrację jachtu, sprawdzam czy wszystko jest uporządkowane i zadaję pytanie załodze – płyniemy czy zostajemy w marinie? I jak zwykle po raz kolejny okazuje się, że wszyscy przyjechali pływać, a nie oglądać betonowe pirsy.
Wypływamy. Kierunek Kuklica
Każę wszystkim usiąść w kokpicie – nikogo jeszcze nie znam – nikomu nie powierzę żadnej funkcji. Musze wszystko zrobić sam. Odpalam silnik, sprawdzam czy przewód zasilający i wąż do wody został zwinięty i schowany w bakiście, czy muringi nie przechodzą pod śrubą napędową, czy cumy mam ustawione na biegowo i nie splątane. Wszystko klar – włączam bieg, śruba zaczyna się obracać, jacht napręża cumy rufowe – już chciałby ruszyć się z miejsca, wypłynąć z tej klatki, ale jeszcze chwila. Idę na dziób, zrzucam cumy dziobowe do wody – dzięki temu, że śruba się obraca jacht nie cofnie się i nie uderzy w keję. Wracam do koła sterowego, odknagowuję cumę na burcie zawietrznej, ściągam ją na pokład. Teraz najtrudniejszy moment, sprawdzam cumę na burcie nawietrznej, czy nie jest splątana, odknagowuję ją i szybko wciągam na pokład. Uwolniony jacht powoli zaczyna odchodzić od kei. Teraz wszystko zależy tylko ode mnie. Jestem ja, ciasna marina i wyjście z portu. Powoli, na najmniejszej sterownej prędkości wypływam z mariny. Otwiera się przede mną morze. Załoga siedzi przy mnie i czeka co też im ciekawego skipper powie.
A dla mnie właśnie zaczął się nowy tydzień pracy, po dwóch godzinach wolnego, następne siedem dni 24-godzinnej pracy.
Więc zaczynam po swojemu, czyli od najważniejszego – szkolenie bezpieczeństwa. Wyjaśniam co to za jednostka, ta nasza Bavarka, ile ma wody w zbiornikach, ile ma paliwa, gdzie się znajdują środki opatrunkowe, gdzie są kamizelki, jak się należy zachowywać na jachcie, a jak w marinie, kiedy wolno wejść na inny pokład, jakie obowiązują przepisy. I pozostaje najtrudniejszy temat do omówienia: czy wolno pić na jachcie alkohol.
Niby dla mnie wszystko jest oczywiste, ale przecież nikogo nie znam, każda z tych osób jest dla mnie zagadką, więc co mam powiedzieć?
Jacht jest mały, nas jest osiem osób, wydawać by się mogło, że wszędzie jest wszystkich pełno, że nie jestem sam. Ale to nie prawda – w tym rejsie też jestem sam. W każdym rejsie, który prowadzę jestem sam. To ja odpowiadam za wszystkich, i tak właściwie, co by się na jachcie nie wydarzyło będzie moją winą.
Pierwsze wrażenia załogi budują zaufanie i atmosferę na cały tydzień. Dla mnie ważne jest czego załoga spodziewa się po tym rejsie. Czy chce pływać wakacyjnie, czy liczy na ciszę i odpoczynek, kąpiele w zatoczkach, czy też ma ambitniejsze plany. Żeglować, połykać mile, jak najwięcej czasu spędzić w morzu. Jestem od tego żeby ich wysłuchać, od tego żeby było i bezpiecznie i miło. No cóż, taka praca, taka pasja. Zbliża się wieczór. Czas stanąć w jakiejś marinie na nocleg. Nie ma problemu, gdy pływamy poza sezonem – ale w sezonie? Powodzenia. Są mariny, do których trzeba wpłynąć do 17, bo potem nie ma miejsc. Więc co się stanie jak nie zdążymy na czas?Niby nic takiego, przecież jacht może pływać nawet w nocy – tylko kto go poprowadzi? Wiadomo, załoga by chciała pływać nocą, ale to ja odpowiadam za zdrowie wszystkich, za sprzęt który mam powierzony. Pływanie po zmroku to niewątpliwie dla niektórych wielka atrakcja. Tak samo jak nocleg na kotwicy w cichej zatoczce, tylko co dalej? Jak skipper się nie zgodzi to załoga będzie niezadowolona, bo przecież oni chcieli, oni umieli, ale co umieli….? A jeżeli coś nawali, coś się stanie, to kto nie dopilnował? Wiadomo skipper.
Pierwszy wieczór się zbliża. Stajemy w małym porciku w Kuklicy. Widać piękny zachód słońca, zacumowane w porcie jachty, załoga przygotowuje pierwszy posiłek z przywiezionego prowiantu. Wszyscy są zmęczeni emocjami. Często ten rejs jest pierwszym morskim rejsem w ich życiu. Siadamy w mesie i zaczynają się snuć opowieści. Kto gdzie pływał, jakie przygody przeżył. Ja zawsze jestem przepytywany przez załogę. Ciekawi ich jak długo pływam w Chorwacji, gdzie można fajnie zjeść, a gdzie zobaczyć coś ładnego. Chorwacja jest bardzo urozmaiconym krajem i jeżeli ktokolwiek powie, że widział wszystko, co można będąc w Chorwacji zobaczyć, to po prostu wiem, że kłamie, albo nie ma pojęcia jak wiele rzeczy jeszcze może go zaskoczyć Przed nami dużo zwiedzania i trudne wybory – co chcemy zobaczyć?
Niektórzy są zmęczeni i powoli kładą się spać. Inni wybierają się na spacer lub idą do jakiejś knajpki posiedzieć. Dla mnie skończył się pierwszy dzień – zapoznawczy. A tak naprawdę przede mną jeszcze wiele takich zapoznawczych dni. Każdy dzień tego rejsu będzie takim dniem, bo ja po to jestem na łodzi, aby obserwować ludzi, poznawać ich coraz lepiej, wiedzieć kiedy i na kogo można liczyć. To ja mam mieć nad wszystkim pieczę.
Niedziela rano. Godzina ósma z minutami.
Pierwsze osoby zaczynają kręcić się po pokładzie.
Zbieramy kasę jachtową, wyznaczamy skarbnika i ruszamy do sklepu po zaprowiantowanie.
Zakupy robimy na dwa dni. Przecież to jacht, nie musimy codziennie odwiedzać sklepów. Kupujemy napoje, jedzenie i na targu trochę owoców.
Załoga przygotowuje śniadanie, a ja uzupełniam wodę w zbiornikach. To pierwsza i podstawowa zasada. Napełniamy zbiorniki z wodą w każdym możliwym miejscu. Nie ma nic ważniejszego na jachcie morskim niż woda. Śniadanie zjedzone, jeszcze tylko parę minut na porządki, i załoga czeka na pierwsze szkolenie z manewrowania.
Tłumaczę po kolei co to są muringi, do czego służą, i przy jakich komendach się je zwalnia. Wiem, że większość żeglarzy w Polsce nawet nie słyszała tego terminu, nie wspominając o jakiejkolwiek z tym styczności. Dziwią się po co one są potrzebne, a ja tłumaczę do znudzenia. Wiem, że pewnie jeszcze parę razy przyjdzie mi to tłumaczyć. Ale w końcu po to jestem na tym jachcie. Jak by załoga wszystko wiedziała to nie byłbym potrzebny.
I silnik znowu odpalony, bo wszystkie manewry w portach i marinach robi się na silniku.
Jedni załoganci zrzucają muringi do wody, inni wyciągają cumy na pokład. Łódka powoli odpływa od kei, a dla mnie zaczął się kolejny dzień pływania. Wypływamy z porciku, a ja robię krótką odprawę. Wyjaśniam, gdzie płyniemy i o której powinniśmy się tam znaleźć. Dzień mija spokojnie, wiatr nam ładnie pasuje, mamy niewielką falkę, żagle są postawione, słychać tylko plusk fal o burty. Jest cicho, spokojnie, załoga powoli przestawia się na tryb odpoczynku, czyli smaruje się kremami z filtrem, jakaś czapeczka na głowę i można leniuchować. Jedni chwytają za książki, inni, ci co postanowili nauczyć się żeglarstwa i zrobić uprawnienia do prowadzenia takich jachtów przysłuchuje się mojemu szkoleniu. No i najważniejsze wydarzenie – po raz pierwszy za sterem. Dla mnie jest to najlepszy moment, żeby ocenić, kto chwyci tego bakcyla, kto mi może pomóc jak będę potrzebował takiej pomocy. Wystarczy chwila tłumaczenia, chwila sterowania i już widzę, czy ta osoba czuje te kilka ton łodzi i żagli, czy czuje jak się poddają rękom, które nimi sterują. No i ten uśmiech na twarzy, błysk w oku, ta radość sterowania jachtem, ujarzmienia wiatru i wody. Dla mnie właśnie narodził się następny przyjaciel, który może ze mną dzielić moją pasję.
Mija kilka godzin, wszyscy już złapali trochę słońca, więc wybieramy jakąś fajną zatoczkę i bierzemy na nią kurs. Jeszcze tylko kilkanaście minut i rzucamy kotwicę. Cała załoga wyciąga sprzęt do pływania i skacze do wody, a ja cóż, załoga mnie woła, żebym też się wykąpał, ale nie ma tak dobrze. Jacht na kotwicy – skipper czuwa. Mówi się, że morze jest okrutne i bezwzględne – całkowicie się z tym zgadzam. Tyle, że dla głupców. Jeżeli ktoś czuje szacunek do tego żywiołu, to morze odwdzięcza się tym samym.
W zeszłym roku spędziłem w Chorwacji sześć miesięcy. Przepłynąłem ponad trzy tysiące mil. Wiele osób mówi, że Adriatyk w Chorwacji, to tylko takie jezioro. I dla mnie to są głupcy, którzy nie szanują morza. Przecież nie tak dawno nasze jeziora zebrały tragiczne żniwo, a są tak niewielkie w porównaniu do Adriatyku Wydawałoby się, że to dotrze do niektórych. Czasem słyszę od „doświadczonych żeglarzy mazurskich”, że Chorwacja to takie Mazury, tylko większe i oni „wszystko wiedzą”. Ale to się tylko tak niektórym wydaje. Pływałem na naszym jachcie w Chorwacji przy wiatrach powyżej 55 węzłów i przy fali ponad trzy metry i wiem jedno: na morzu nie ma nic ważniejszego niż wyobraźnia. Jeżeli ktoś ma wyobraźnię, to potrafi zabezpieczyć i siebie i jacht na wypadek nagłej zmiany pogody, a jeżeli czyjaś wyobraźnia ogranicza się do porównania morza z jeziorem, to nawet na jeziorze jest zagrożeniem dla siebie, swojej załogi i innych.
Załoga zadowolona, wykąpała się i nabrała apetytu. Przedłużamy nasz postój na kotwicy. Jedni biorą się do przyrządzenia jakiegoś drobnego posiłku, inni idą pospacerować po wyspie, porobić trochę zdjęć.
Przekąska zniknęła w błyskawicznym tempie, humory najedzonym dopisują, kończymy porządki, podnoszę kotwicę i w drogę. Niestety wiatr po południu kompletnie siadł więc uruchamiamy silnik i naprzód. Po drodze mijamy kolejne wyspy i porty, o których trochę opowiadam. Zbliża się wieczór. Czas pomyśleć o noclegu.
Dopływamy do Kaprije. Tym razem stajemy w zatoce na boi. Wokół nas stoi kilkanaście jachtów różnej wielkości i z różnych krajów. Załoga szykuje się do wyjścia na brzeg. Ja przygotowuje ponton i przewożę wszystkich na brzeg. Sama miejscowość niczym specjalnym się nie wyróżnia. Parę knajpek prowadzonych rodzinnie, jeden drink-bar, w którym można potańczyć nad brzegiem morza i najważniejsza rzecz – żadnych samochodów. Do wyspy dopływa tylko prom pasażerski, dzięki czemu oprócz braci żeglarskiej praktycznie nie ma turystów. W całej miejscowości jest tylko jeden większy pensjonat, jeden sklep spożywczy, w którym można kupić chleb dopiero po godzinie 10 – jak go przywiozą promem. Cisza, spokój i kompletna sielanka. Wieczór spędzamy w tawernie, w której każdy zamawia to, na co ma ochotę. Jedni wybierają owoce morza, inni chorwacki specjał – mieszane mięso z frytkami. Kuchnia Chorwatów jest bardzo prosta, ale smaczna. W większości knajpek nie ma nawet zupy, a wszystkie dania przygotowywane są na grillu. Część załogi do posiłku zamówiła piwo, bo się okazało, że wspaniale pasuje, a część. wino domowej roboty. Wszyscy są zadowoleni, najedzeni i zachwyceni właśnie poznanym chorwackim zwyczajem – przed wyjściem gospodarz poczęstował nas rakiją. Czas na spacer po miasteczku, załoga rozchodzi się w różnych kierunkach, jedni porobić zdjęcia, inni do knajpki położyć się na wygodnych sofach z drinkiem w ręku. Wieczorny odpoczynek i relaks.
Rano załoga powoli budzi się do życia, mija zaledwie dzień, a rytm łódki i jej pływania zaczyna wpływać na załogę. Zaczynają rozumieć, że tu się nic nie przyspieszy. Ani prom szybciej ze świeżym chlebem nie przypłynie, ani wiatr na życzenie nie powieje mocniej.
Po wesołym śniadaniu robimy porządki i wypływamy w morze. Przed nami bardzo malownicze krajobrazy. Po prawej burcie mijamy archipelag Kornaty, na którym mieści się Park Narodowy. Załoga ogląda wyspy i zastanawia się skąd wiem, która jak się nazywa, bo tak faktycznie, to każda podobna kropka w kropkę do drugiej. Mijamy Kornaty, zatopiony statek i wpływamy do kanału świętej Anny. Załoga już wcześniej uzbrojona w aparaty teraz robi zdjęcia starego fortu, wybudowanego za czasów Napoleona u wejścia do tego kanału, zaraz za fortem na brzegu oglądają stare koszary z czasów Jugosławi. Dzisiaj stoją puste, ale wszystko jest tak zabezpieczone, że gdyby Chorwaci chcieli, to mogą je w każdej chwili uruchomić. Kilkaset metrów dalej stajemy w dryf, gdyż załoga wybiera się pontonem obejrzeć wykuty w skałach bunkier dla kutrów patrolowych. Po krótkim postoju płyniemy dalej. Za następnym zakrętem otwiera się przed nami widok na cały Szybenik. Z naszej perspektywy świetnie widać Katedrę Szybenicką i trzy forty, które górują nad całym miastem. Przez wiele wieków Szybenik był potężną twierdzą i do dzisiaj jest dużym portem morskim.
Tym razem nie zatrzymujemy się na zwiedzanie Szibenika. Mamy już godzinę popołudniową, a przed nami jeszcze kilka mil do Skradin.
Przez dwie godziny płyniemy zakolami rzeki Krk. Po obu burtach wznoszą się wysokie skały gdzieniegdzie porośnięte niskimi iglakami. Mijamy most, z którego przed chwilą jakiś desperat skakał. Załoga liczyła na jakieś oryginalne fotki z tego wydarzenia, ale okazało się że to tylko skoki na bungee. Wpływamy na jezioro, na którym stoi na kotwicy kilkudziesięcio-metrowy jacht, z helikopterem na pokładzie, więc jest kolejna okazja do zrobienia kilku fotek. I lekkie zdziwienie załogantów, że takie luksusowe jachty tu pływają, więc im opowiadam o Lunie i megajachcie „A”… Jeszcze godzina i za mostem autostradowym, który wznosi się nad nami na wysokości 50 metrów, ukazuje się widok na Skradin. Jest to dla nas baza noclegowa, a od rana port wypadowy na wodospady.
Na razie przygotowujemy jacht do cumowania. Załoga coraz lepiej czuje łódkę i etykietę żeglarską. Znikają z relingów suszone ręczniki, wieszamy odbijacze i po krótkim przeglądzie słyszę, że jest klar na łódce i że cumy są przygotowane. Serce żeglarskie rośnie w dumę. Jeszcze tylko czekamy na znak od obsługi portu i po paru minutach stoimy rufą przy kei miejskiej.
Podłączamy prąd i możemy ruszać w miasto. Z tym miastem to trochę przesadziłem. Skradin to mała miejscowość, która żyje z Parku Narodowego Krk ze słynnymi wodospadami. Na nasze szczęście zatrzymują się tutaj praktycznie tylko żeglarze, a dla pozostałych jest to tylko miejsce przesiadkowe.
Skradin oprócz wodospadów ma jeszcze dwie atrakcje, z których korzystają nasze załogi. Wieczorny posiłek zamawiany telefonicznie sześć godzin wcześniej. Te sześć godzin nie tylko wynika z czasu przygotowania potraw, ile z konieczności wcześniejszego rezerwowania miejsc. Niby nie ma w Skradin turystów, ale żeby mieć miejsce u Tonego, to nawet pod koniec września trzeba je zarezerwować.
Tak jak i w innych przypadkach, jest to gospoda prowadzona rodzinnie i specjalizuje się w przyrządzaniu potraw w pece. Peka, to narodowy sposób przyrządzania potraw na grillu. Najczęściej zamawiam „pół na pół” z ośmiornicą i z jagnięciną. Do specjalnej kamionkowej miski wkładane jest mięso w zalewie z przyprawami i warzywami, kładzione jest to na rozgrzany grill i przykrywane pokrywą w kształcie kopuły. Następnie tą pokrywę obkłada się żarem z grilla. Tak przygotowana potrawa dusi się przez dwie godziny.
Spore naczynie – przygotowane dla 8 osób – szybko jest opróżniane, bo załoga docenia chorwacką kuchnię, a ja chociaż przez cały pobyt w Chorwacji żywię się owocami morza, tak niestety u Tonego muszę się najczęściej zadowolić mięsem, bo ośmiornica zbyt szybko znika z talerzy.
Cdn.
Mirek Nogaj – skipper
www.bosforrejsy.pl

Kopia Mirek skipper Kopia pod żaglami5 Kopia pod żaglami Kopia Wiczek morski

One comment

  1. Bardzo ciekawy i realny opis 🙂 wiem bo przeżyłam taki rejs i faktem jest, że praca skippera nie jest łatwa, bo jest odpowiedzialny za bezpieczeństwo całej załogi i za to aby na tych kilku metrach panował sympatyczny klimat. Tak jak zostało napisane adriatyk to nie mazury , pływałam kilkanaście lat po Mazurach,uwierzcie róznica jest ogromna. Oczywiście wszelkie przyjemności opisane w tekście tez miałam okazje spróbowac, pyszne mule w „skipperowym” sosie i ostrygi, kąpiel w zatoce i pod wodospadami KRK, przepyszne chorwackie jedzenie i przepiekne zachody słońca i księzyc odbijający sie w falach morza… było cudnie. Polecam wszystkim taki tydzien- naprawdę wolności od codziennego życia 🙂 i moge zagwarantowac że rejs z firmą Bosfor a napewno ze skiperem Mirkiem pozostawi niezapomniane wspomnienia. Ja w kazdym bądź razie mocno pokochałam Chorwacje 🙂

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Directory powered by Business Directory Plugin