Ogólnopolska giełda jachtów, łodzi i czarterów

Kapitan dla picu… Kolejna „rewelacyjna” propozycja Pani Ministry.

Kapitan dla picu… Kolejna „rewelacyjna” propozycja Pani Ministry.

31 Sty, 2013

Od przeszło dwóch miesięcy czekamy na nowe rozporządzenie Ministerstwa Sportu i Turystyki regulujące między innymi kwestię stopni żeglarskich i motorowodnych oraz tryb ich zdobywania. W grudnia pojawiła się kolejna, trzecia już propozycja tego dokumentu. Równie bogata w „rewelacyjne” rozwiązania jak poprzednie.

Nowy projekt przewiduje wprowadzenie trzech patentów żeglarskich (żeglarz jachtowy, jachtowy sternik morski, kapitan jachtowy) i czterech motorowodnych (sternik motorowodny, motorowodny sternik morski, kapitan motorowodny i mechanik motorowodny). Proponuje się też zachowanie w obecnej formie licencji na holowanie narciarza wodnego i innych obiektów pływających oraz na holowanie obiektów latających. Znikną zatem patenty sterników jachtowych, starszych sterników motorowodnych i motorzysty motorowodnego. Osoby, które takie patenty posiadają, nadal jednak będą mogły z nich korzystać w zakresie, w jakim zostały one nadane lub wymienić na wyższe. I tak zgodnie z propozycją nowych przepisów obecny sternik jachtowy będzie mógł otrzymać stopień jachtowego sternika morskiego, a starszy sternik motorowodny – motorowodnego sternika morskiego. Dzięki temu tysiące sterników jachtowych lub starszych sterników motorowodnych, bez konieczności zdobycia odpowiedniej wiedzy i umiejętności lub choćby przewidywanego dotychczas stażu, będzie mogło zostać „morsami”. Trzeba będzie tylko wypływać dodatkowo sto godzin. Żeglarze będą musieli odbyć rejsy morskie, a motorowodniacy morskie i śródlądowe. Nie określono jednak, co urzędnicy rozumieją pod pojęciem rejs morski, a motorowodniakom nie doprecyzowano, ile zdaniem Ministerstwa godzin rejsu powinno być na morzu, a ile na śródlądziu.
Zachowany zostaje wymóg posiadania patentu do prowadzenia jachtów żaglowych o długości większej niż 7,5m lub jachtów motorowych o mocy silnika większej niż 10kW (ok. 13 KM). Dalej pojawia się już wiele zmian. I tak, aby zdobyć patent żeglarza jachtowego lub sternika motorowodnego będzie trzeba mieć ukończone 12 lat i zdać egzamin. Nie będzie natomiast obowiązku przechodzenia odpowiedniego szkolenia. Zniesiony zostaje także wymóg przedstawienia zaświadczenia lekarskiego. Oświadczenie o własnym zdrowiu będzie można złożyć samodzielnie. W przypadku osób niepełnoletnich podpisywać je będą rodzice lub opiekunowi prawni. Oni też będą musieli wyrazić zgodę na uprawianie turystyki wodnej przez swoje nieletnie dzieci lub podopiecznych.
Żeglarz jachtowy nadal będzie miał prawo prowadzenia jachtów żaglowych zarówno na śródlądziu, jak i na morzu. W tej drugiej sytuacji – tak jak obecnie – w odległości do dwóch mil morskich od brzegu w porze dziennej. Tak jak dotychczas też, żeglarze jachtowi i sternicy motorowodni, którzy nie ukończyli 16 lat, swoje uprawnienia będą mogli realizować tylko pod nadzorem osoby pełnoletniej posiadającej patent minimum żeglarza jachtowego lub analogicznie sternika motorowodnego i to tylko na akwenie, gdzie prowadzony jest stały nadzór ratowniczy. Nie wiadomo jednak, czy osoba nadzorująca powinna być na pokładzie nadzorowanego jachtu i jak to zrobić w przypadku lasera czy optymista? Czy też ratownicy WOPR lub SAR będą musieli posiadać wymagane patenty? Wiadomo natomiast, że Ministerstwo proponuje radykalnie „wydłużyć” jednostki, jakie będzie mógł powadzić na morzu żeglarz jachtowy lub sternik motorowodny. Ma to być bowiem nie 8,5 m jak dotychczas, ale aż 12 metrów.

Tak jak dotychczas też, żeglarze jachtowi i sternicy motorowodni, którzy nie ukończyli 16 lat, swoje uprawnienia będą mogli realizować tylko pod nadzorem osoby pełnoletniej posiadającej patent minimum żeglarza jachtowego (…) ale jak to zrobić w przypadku lasera czy optymista?

Motorowodniaków czekają też inne ogromne zmiany. Sternicy motorowodni bowiem będą mogli prowadzić wszystkie jednostki motorowodne na śródlądziu i na morzu (do wspomnianych 12m) bez ograniczenia mocy silnika. Różnica zatem jest wręcz rewolucyjna, gdyż jak wiemy dotychczas sternik motorowodny mógł prowadzić jedynie jednostki do 60 kW. Nie wiadomo tylko dlaczego, mimo iż obydwa omawiane tu patenty nadal pozwolą prowadzić jednostki na morzu, w proponowanych wymogach egzaminacyjnych na te stopnie nie ma ani słowa o konieczności opanowania choćby fundamentalnych zasad locji morskiej, prawa drogi morskiej, znaków stosowanych na morzu, dziennego oznakowania statków morskich, sygnalizacji dźwiękowej czy choćby świadomości tego, czym jest farwater i jak się na nim zachować. Ciekawe jest też to, że ministerialni urzędnicy, mimo że chcą żeglarzom i sternikom motorowodny ponownie nadać prawo pływania na wszystkich morzach (w tym pływowych), nie oczekują od nich choćby podstawowej wiedzy o pływach i prądach pływowych. Zgodnie z proponowanymi wymogami egzaminacyjnymi żeglarze jachtowi będą też musieli umieć obsługiwać silnik, ale tylko zaburtowy. Tak jakby 12metrowe jednostki morskie takimi właśnie były napędzane. Urzędnicy zatroszczyli się o to, by zarówno sternicy motorowodni, jak i żeglarze jachtowi, musieli zapoznać się z podstawowymi pomocami nawigacyjnymi. Szkoda tylko, że nie określono, które z tych przyrządów są „podstawowe” i w jakim zakresie należy się z nimi zapoznać. Czy wystarczy umieć rozłożyć przenośnik czy też dokonać np. namiaru jednoczesnego na dwa obiekty? Inną ciekawostką jest próba nakłonienia wszystkich sterników motorowodnych do poznania zasad postępowania w sytuacji wywrotki jachtu. Szczerze mówiąc nie wiadomo o co chodzi. Najprawdopodobniej osoba pisząca wymogi egzaminacyjne dla motorowodniaków skopiowała je z wymogów przewidzianych dla żeglarzy jachtowych. Przyznam szczerze – sam nie wiedziałbym co poradzić żeglarzowi, gdy na morzu przewróci się prowadzona przez niego kilkunastometrowa jednostka, a tym bardziej motorowodniakowi, który przewróci kilkutonowy jacht motorowy. Ciekawy jest też wymóg, aby w czasie egzaminu praktycznego sprawdzić umiejętności prowadzenia jachtu „przy spotkaniu z innym jachtem oraz jego wyprzedzaniem”. Czy zatem na egzaminie mają być dwa jachty, aby doszło do spotkania lub wyprzedzania i jaki ma być ten drugi jacht? Motorowy czy żaglowy? Dlaczego Ministerstwo uważa, że to właśnie umiejętność wyprzedzania powinna być sprawdzona, a nie np. zachowanie na kursach kolizyjnych? W każdym razie umiejętność wyprzedzania musi być dla Ministerstwa bardzo istotna, bo zdolność tą będzie trzeba też sprawdzać u motorowodniaków.
Kolejnym rewolucyjnym pomysłem Ministerstwa jest zmuszenie wszystkich sterników motorowodnych do opanowania sztuki prowadzenia skutera wodnego. Pytanie, po co to osobom, które na skuterach pływać nie będą chciały, w przypadku omawianej propozycji rozporządzenia nie ma sensu, bo jak widać paranoja goni paranoję. Popada się z jednej skrajności w drugą. Dotychczas bowiem praktycznie nie było można nauczyć się pływać na skuterach, a obecnie na skuterze będzie musiał umieć pływać każdy sternik motorowodny. Czy tego chce, czy nie. Pomijam tu fakt podrożenia ewentualnego kursu, wydłużenia czasu jego trwania oraz brak przygotowania sprzętowego w tym zakresie w szkołach żeglarskich.

Popada się z jednej skrajności w drugą. Dotychczas bowiem praktycznie nie było można nauczyć się pływać na skuterach, a obecnie na skuterze będzie musiał umieć pływać każdy sternik motorowodny. Czy tego chce, czy nie.

Tyle z grubsza o żeglarzach jachtowych i sternikach motorowodnych. Kolej na jachtowych i motorowodnych sterników morskich. Zgodnie z ideą Ministerstwa jachtowego sternika morskiego będzie mogła uzyskać osoba pełnoletnia, która złoży oświadczenie o braku przeciwwskazań zdrowotnych, zda egzamin i udokumentuje w formie pozytywnych opinii odbycie minimum dwóch rejsów po wodach morskich w czasie co najmniej 200 godzin. W propozycji rozporządzenia nie sprecyzowano jednak o jaką żeglugę chodzi i na czym miałaby się ona odbyć. Czy na jachcie żaglowym czy na motorowodnym, a może wystarczy staż z promu do Szwecji? Nie określono też, czy do godzin tych wlicza się postój w porcie lub na kotwicy i co należy rozumieć pod pojęciem „wody morskie”. Czy zalicza się do nich wody wewnętrzne, zatokowe, wody terytorialne? Nie wiadomo. Nie doprecyzowano też ile minimalnie powinien trwać taki rejs. Pytania te nie są pozbawione sensu. Nie są też wyrazem „czepialstwa”, ale obawy, że PZŻ lub PZMWiNW (które będą miały wystawiać patenty) wykorzystają te niedomówienia. I znowu ktoś, kto opłynie świat „bez zawijania”, w opinii PZŻ i PZMWiNW nie będzie mógł tego wyczynu zaliczyć do stażu. Inną kwestia jest sprawa poświadczeń o odbyciu rejsów. W projekcie rozporządzeniu nic się o nich nie mówi poza tym, że muszą być. Tak wiec zapewne ich wzór znowu ustalą poszczególne związki. Czy tak jak dotychczas nie będą uznawały opinii wydawanych np. w języku obcym lub na drukach innych niż związkowe, a brak kropki, przecinka lub nie w tym miejscu wpięty spinacz będzie je w oczach związkowych biurokratów dyskwalifikował? Rozporządzenie nie reguluje też kwestii oryginałów i kopi opinii z rejsu. A to jak wiemy było dotychczas często ogromnym problemem, gdyż związki honorowały tylko oryginały i kopie z notarialnym lub związkowym potwierdzeniem, tak jakby nie wiedziały o istnieniu kserokopiarek. Oczywiście za wspomniane potwierdzenia niektóre okręgi pobierały i zapewne nadal będą pobierały odpowiednie opłaty, wykorzystując fakt, że ktoś kto odbył kiedyś rejs nie zakładał, że w przyszłości będzie chciał zrobić aż dwa patenty i wziął tylko jedną opinię. Omawiając kwestię stażu warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz. A mianowicie nieprecyzyjność tego wymogu w odniesieniu do charakteru uczestnictwa w rejsie. Zrozumiałe jest, że staż ma „pokazać” adeptowi morze. Nadal będzie mogło to być rzeczywiście tylko „pokazanie”. Uczestnicząc bowiem w rejsie bez uprzedniego choćby częściowego opanowania wiedzy teoretycznej i praktycznej rola załoganta, mimo jego szczerych chęci, ogranicza się co najwyżej do obierania ziemniaków i ciągnięcia szotów. No, ale może Ministerstwo wie lepiej i nie uważa, że o wiele więcej nauczy się w rejsie ktoś, kto ma już jako takie pojęcie co się na morzu dzieje. Kuriozalne jest też umożliwienie przyszłym motorowodnym sternikom morskim odbycie wymaganych 200 godzin stażu na śródlądziu! Egzamin za to będą musieli zdać na „akwenach i jednostce o parametrach dostosowanych do zakresu uprawnień”. Czyli gdzie? Na śródlądziu czy na morzu? Bo przecież po obu tych akwenach będą mieli prawo się poruszać. A może i tu, i tu. Nie wiadomo. Zresztą podobny dylemat rodzi się w przypadku żeglarzy jachtowych.
Przeanalizujmy teraz do czego taki jachtowy lub motorowodny sternik morski będzie miał prawo? Przypomnijmy – bez odpowiedniego szkolenia, bo takie zdaniem Pani Minister nie powinno być wymagane, a w przypadku motorowodniaków jakiejkolwiek wcześniej styczności z morzem. Otóż według propozycji rozporządzenia będzie on mógł prowadzić jachty żaglowe lub analogicznie motorowodne po wodach śródlądowych bez ograniczenia długości kadłuba, a na wszystkich morzach i oceanach jednostki aż do długości 24m. Dobrze chociaż, że zanim taka osoba wypłynie będzie musiała zdać egzamin. W jego trakcie nikt jednak nie sprawdzi jego umiejętności poruszania się na pływach i prądach, bo zdaniem ministerialnych urzędników wystarczy, że kandydat wykaże się jedynie „podstawową znajomością budowy tablic pływów i prądów pływowych”. Nikt też nie będzie wymagał od niego choćby minimalnego doświadczenia w tej kwestii, bo jedynym wymogiem stażowym będzie dwieście godzin w minimum dwóch bliżej nieokreślonych rejsach, które praktycznie będzie można odbyć nawet na omedze. Nigdy też taka osoba nie będzie musiała wcześniej samodzielnie prowadzić samodzielnie rejsu choćby na jeziorach. Przytaczając te wytyczne nasuwa mi się pytanie. Czy Pani Minister udałaby się w rejs np. do Amsterdamu na 24 metrowym jachcie prowadzonym przez osobę o takich kompetencjach? Czy powierzyłaby mu swoje dziecko? Czegoś jednak od przyszłych sterników morskich wymagać jednak będą. To prawda. Zgodnie z propozycją rozporządzenia nowi „morscy” będą musieli umieć korzystać ze „spisu sygnałów radiowych”. Szkoda tylko, że pośród publikacji nautycznych nie ma czegoś takiego! Chyba że twórcy projektu zbyt dosłownie przetłumaczyli tytuł publikacji brytyjskiej „Admiralty list of radio signals”, tzw. ALRS, używanej zasadniczo na jednostkach konwencyjnych. Ciekawym wymogiem egzaminacyjnym proponowanym w rozporządzeniu jest też prowadzenie egzaminu z manewrów portowych na jachcie, którego prędkość na silniku jest większa niż 4 węzły. Wymóg ten wręcz woła o pomstę. Kto bowiem w porcie manewruje z taką prędkością? Ponadto, jak już wspomniano, zgodnie z nowymi wytycznymi egzamin powinien być przeprowadzany „na jednostce o parametrach dostosowanych do zakresu uprawnień”. Nie wiadomo jednak, czy to oznacza, że żeglarze i sternicy motorowodni będą musieli odbywać egzamin na jachtach 12 metrowych, a sternicy morscy na 24 metrowych? Przecież ani PZŻ, ani PZMWiNW nie posiadają 24 metrowych jednostek. Więc może nadal egzaminy będą się odbywać na jednostkach należących do prywatnych ośrodków szkoleniowych, których sprzęt oba związki dotychczas wykorzystywały nie płacąc za to ani grosza. A może PZŻ postanowi egzaminować na „Gedanii”, jedynym polskim jachcie o odpowiedniej maksymalnej długości. A może egzaminy żeglarskie będzie można prowadzić na jednostkach mniejszych, np. omegach, a motorowodne na pontonikach z silniczkiem? Nie wiadomo.
Skandalem graniczącym z bezprawiem można nazwać pomysł Ministerstwa w odniesieniu do stopnia motorzysty motorowodnego. Dotychczas osoba posiadająca taki patent miała prawo pełnienia funkcji kierownika maszyny na jachcie motorowodnym z silnikiem o mocy 600 kW i pełnienia funkcji pomocnika kierownika maszyny na jachcie motorowym z silnikiem o mocy 1000 kW. Obecnie proponuje się likwidację tego patentu, pozostawiając jedynie mechanika motorowodnego, który będzie miał prawo pełnienia funkcji kierownika maszyny na wszystkich jachtach motorowych. Motorzystom nie dano możliwości przekwalifikowania i zlikwidowano ich patenty, a więc i funkcje. Jedynym wyjściem będzie dla nich zdanie egzaminu na mechanika. Żeby to zrobić będzie trzeba wypływać 400 godzin przy obsłudze silników o minimalnej mocy 147,2 kW, w tym co najmniej 100 godzin przy obsłudze siłowni powyżej 441 kW. Motorzyści nie będą nawet mogli wykorzystać do tego opinii, które przedstawili przy ubieganiu się o swój obecny patent, gdyż stary wymóg nakładał obowiązek zdobycia stażu przy obsłudze silnika powyżej 73,6 kW. Tak więc jeżeli ktoś staż robił na jednostce z silnikiem o mocy pomiędzy 73,6 a 147,2kW i od momentu zdobycia tego uprawnienia nie obsługiwał maszyn na jachtach motorowodnych straci swoje uprawnienia i dotychczasowy staż bezpowrotnie.
Na zakończenie jeszcze jedna refleksja. W uzasadnieniu wprowadzenia omawianych tu przepisów Pani Minister informuje, że powinien zmniejszyć się koszt uzyskania poszczególnych patentów, gdyż nie będzie konieczności odbycia szkolenia. Czyżby Pani Minister wierzyła, że wraz z jej nowym pomysłem uaktywni się w nas tajemniczy gen zawierający wiedzę żeglarską? Czy też uważa, że skoro szkolenie nie będzie obowiązkowe to setki szkół żeglarskich będą szkolić za darmo? Z pisma Pani Minister wynika też, że realny koszt wydania patentu to tylko około… 24zł? Czemu zatem koszt egzaminu i wydania patentu nadal będzie wynosił np. w przypadku sternika morskiego dla osoby powyżej 26 lat aż 350zł? Ponieważ, jak uzasadnia Pani Minister, związki mają duże koszty nazwijmy to własne. Miła jest troska Ministerstwa o związki. Ale co z tysiącami instruktorów? Setkami szkół i ośrodków szkoleniowych płacących podatki, dających pracę? O nich Pani Minister nie pomyślała, skazując wiele z nich na upadek. Twierdząc jednocześnie w dalszej części swojego uzasadnienia, że nowe przepisy nie wpłyną na rynek pracy i budżet państwa. A może Pani Minister ze swoich dochodów wypłaci zasiłki dla bezrobotnych instruktorów lub pokryje straty z racji zaprzestania płacenia podatków przez szkoły żeglarskie, które po prostu mogą upaść?

Zgodnie z ideą Ministerstwa jachtowego sternika morskiego będzie mogła uzyskać osoba pełnoletnia, która (…) udokumentuje w formie pozytywnych opinii odbycie minimum dwóch rejsów po wodach morskich w czasie co najmniej 200 godzin. W propozycji rozporządzenia nie sprecyzowano jednak o jaką żeglugę chodzi i na czym miałaby się ona odbyć. Czy na jachcie żaglowym czy na motorowodnym, a może wystarczy staż z promu do Szwecji?

Innym uzasadnieniem takich a nie innych zmian, jaki podaje Pani Minister, jest konieczność liberalizacji i dostosowania do światowych standardów. Nie można jednak nie odnieść wrażenia, że to co Ministerstwo uznaje za liberalizacje to w rzeczywistości anarchia nie mająca nic wspólnego z dostosowaniem do standardów europejskich. Tym bardziej, że Polska nie podpisała Rezolucji 40 Europejskiej Komisji Gospodarczej wprowadzającej International Certificate of Competency (ICC). Tak więc sugerowanie, że wymogi egzaminacyjne na niższe stopnie żeglarskie i motorowodne proponowane przez Ministerstwo są dostosowane do ICC, poza tym, że nie jest zgodne z prawdą, to zakrawa na hipokryzję. Zmniejszanie ilości patentów poprzez ich kompilację również nie ma nic wspólnego z wzorcami, jakie można czerpać od najlepszych. International Sailing Schools Association (Federacja Szkół Żeglarskich) ma 4 stopnie żeglarskie, Royal Yachting Association – najbardziej renomowana organizacja żeglarska na świecie – aż… 5 stopni. A w Polsce zapowiada się, że dzięki działaniom Ministerstwa będą de facto tylko dwa. Dwa, bo ostatnim najwyższym stopniem przewidzianym przez urzędników ma być kapitan jachtowy lub motorowodny. Aby go otrzymać również nie będzie trzeba przechodzić żadnego szkolenia ani nawet zdawać egzaminu. Kapitan taki miałby prawo do prowadzenia jachtów żaglowych lub analogicznie motorowodnych, czyli bez ograniczeń. Szkoda tylko, że twórcy propozycji rozporządzenia zapomnieli, że aby prowadzić jednostki powyżej 24m w większości przypadków trzeba posiadać uprawnienia zawodowe, a patenty PZŻ czy PZMWiNW jako certyfikaty sportowe takimi nie są. Tak więc Kapitan to w myśl nowej propozycji… pic. Taki patent będzie można co najwyżej włożyć w ramki. Co do wyrównywania kompetencji, o którym pisze Pani Minister, to nadmienię tylko, że aby w RYA zdobyć najwyższy stopień (z którym miałby być równoważny nowy kapitan) trzeba między innymi minimum raz przepłynąć ocean. I to nie promem, ale jachtem jako skipper lub pierwszy oficer z zastrzeżeniem, iż zdający na ten stopień musiał być osobiście zaangażowany w przygotowanie takiego rejsu. Dodatkowo we wspomnianym rejsie musi być pokonany non-stop dystans minimum 600 mil. Nasz kapitan tymczasem ma otrzymać swój stopień mając staż 700 godzin w tym 200 samodzielnego prowadzenia jachtu od 10 do 24 m. i 100 godzin rejsu na jachcie powyżej 20 m. (bez konieczności spotkania z pływami czy prądami morskimi, o oceanie nie wspominając). Gratuluję Pani Minister. To się nazywa kompetencja!
Kpt. Krzysztof Piwnicki
Szkoła Żeglarstwa 4winds

Ciekawostką jest próba nakłonienia wszystkich sterników motorowodnych do poznania zasad postępowania w sytuacji wywrotki jachtu (...) tylko co poradzić żeglarzowi, gdy na morzu przewróci się prowadzona przez niego kilkunastometrowa jednostka, a tym bardziej motorowodniakowi, który przewróci kilkutonowy jacht motorowy.

Ciekawostką jest próba nakłonienia wszystkich sterników motorowodnych do poznania zasad postępowania w sytuacji wywrotki jachtu (…) tylko co poradzić żeglarzowi, gdy na morzu przewróci się prowadzona przez niego kilkunastometrowa jednostka, a tym bardziej motorowodniakowi, który przewróci kilkutonowy jacht motorowy.

 

One comment

  1. Jack /

    Widzę, że autor artykułu to straszliwy flustrat i jakby niekumaty młotek. Pewnie ma żal , że sam musiał według wcześniejszych zasad a teraz zasady się zmieniają, niektórzy flustraci tak mają, co do młotka to chyba jasne , że skoro ktoś robi uprawnienia moto to i praktyka musi być moto,a w przypadku żagli praktyka na żaglach to chyba wie każdy majtek pokładowy.

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Directory powered by Business Directory Plugin