Ogólnopolska giełda jachtów, łodzi i czarterów

Wrześniowy Bałtyk w jednoosobowej załodze

Wrześniowy Bałtyk w jednoosobowej załodze

4 Lis, 2012

Dlaczego zdecydowałem się na pływanie w pojedynkę? Wypływając w mój pierwszy, treningowy rejs, byłem pewien, że znam odpowiedź. Nie sądziłem, że już w pierwszej dobie zadam sobie to pytanie trzy razy, a odpowiedzi będę szukał przez następnych 10 dni…

W połowie września zdecydowałem się rozpocząć przygotowania do samotnego rejsu dookoła świata, rejsem po Bałtyku. Przygotowania do startu trwały 3 dni. Nie przypuszczałem, że tak dużo czasu zajmie zwodowanie i uzbrojenie jachtu, który stał na brzegu 4 lata. Wyjątkowo obyło się bez niespodzianek w takielunku. Uzbrojenie łódki w maszt zajęło nam niespełna 2 godziny! Skąd się wzięły w takim razie te 3 dni? A to jedna wanta do wymiany, a to zbiornik wody do dezynfekcji, a to zaimprowizowanie jakiejś kuchenki, dodatkowo przypomniałem sobie o zamontowaniu reflektora radarowego i wielu drobnych rzeczy, na zakontrowaniu ściągaczy kończąc. Nie taki jednak diabeł straszny, na jakiego wygląda – w niedzielę na pokładzie s/y Victor, zapanował względny porządek.

Dzień 1
09:30
Start z falochronu wschodniego w Gdyni, zgodnie z założeniami rejsów Gdynia – Gdynia
prędkość 3,8 węzła
kurs na Hel
Czuję się jak w jakimś programie Spełniamy Marzenia. Cumy oddał mi pan Jurek, Mateusz i mój tata, aż się prosi nazwać ich ekipą brzegową 🙂 Trzy halsy i jestem za główkami. Fakt, wyjście po mazursku, po prostu zostałem wypchnięty z prędkością Vo od nabrzeża, cały spocony, bo to w końcu mój pierwszy kapitański rejs z taka załogą. Postawiłem foka, potem szybki zwrot i grot na maszcie. Jakoś tak dziwnie się czuję, bo płynę w nieznane. Muszę jak najszybciej poznać tę łódkę, bo spać kiedyś trzeba. Póki co, wiem już czego mi brakuje. 1) barometru 2) samosteru wiatrowego 3) dobrego budzika! Muszę się nauczyć spać, póki telefon – mój jedyny budzik – się nie rozładuje..
Założenia mojego rejsu były proste: łódka nie większa niż 8 metrów, bez silnika i wrześniowy, kapryśny Bałtyk. Po przepłynięciu kilkudziesięciu tysięcy mil na dużych jachtach, wyposażonych w silniki, autopiloty, radary, ais-y, lodówki, piekarniki i ekspresy do kawy, chciałem zobaczyć czy w dzisiejszych czasach swobodne pływanie bez silnika, na jachcie żaglowym ma jeszcze jakiś sens.
Łódka typu Nefryt, żeby było ciekawiej, starsza ode mnie, bo z 1974 roku. 7,25 metra pokładu w normalnych warunkach pomieści 4 osoby i zapasy na tydzień, ja byłem sam, więc do zagospodarowania zostało mi dużo przestrzeni. Rejs miał trwać do 12 dni i na taki okres zabrałem ze sobą:
12 dań obiadowych, liofilizowanych z terminem ważności do końca 2014 roku,
1,5 litra wody mineralnej na każdy dzień, czyli tylko 18 litrów wody pitnej,
70 litrów wody w zbiorniku, na stałe zainstalowanym na jachcie, używanej do mycia i zmywania naczyń,
10 czekolad, 20 batonów energetycznych,
awaryjną kaszę i ryż, gdyby coś się przedłużyło w czasie,
a do nich 4 słoiki z gotowym sosem, oczywiście słodko-kwaśnym,
mapę Bałtyku południowego i południowo-wschodniego,
2 GPS-y ręczne, na baterie,
Radio na długie fale do odbioru prognozy pogody dla rybaków na 225 kHz emitowaną przez program pierwszy Polskiego Radia,
ręczny radiotelefon UKF, gdyby przyszło mi komunikować się z innymi statkami i jachtami, a przede wszystkim z kapitanatami portów,
2 komplety żagli podstawowych, dodatkowy fok sztormowy i genue,
dodatkowo: kilka lin, 3 odbijacze i szwajcarski scyzoryk w zestawie z taśmą izolacyjną.

22:20
Pierwsze uruchomienie lampy nawigacyjnej na maszcie i oczywiście: lampa nie działa, a dookoła statek na statku. Ale od czego w końcu jest taśma izolacyjna:) Gdy naprawiłem gniazdko lampy, urwał się kabel do góry. Zawsze coś! Aż ma się ochotę nie naprawiać wszystkiego od razu i mieć zawsze popsutą jakąś jedną, niegroźną rzecz, z nadzieją że nic więcej się nie popsuje…

Podczas pierwszego, samotnego treningu na Bałtyku, do przemyślenia miałem kilka tematów, z którymi borykają się jednoosobowe załogi:
1. jedzenie,
2. spanie,
3. jak sprawić, żeby łódka płynęła do celu bez autopilota i samosteru wiatrowego..

Jedzenie
Z jedzeniem nie było problemów, tak mi się przynajmniej wydawało. Podczas ostatnich przelotów przez Atlantyk testowaliśmy z załogami jedzenie liofilizowane, czyli magiczne dania w proszku. Magiczne, bo mimo tego, że wysuszone, to po po zalaniu wrzątkiem i kilku minutach cierpliwego czekania pod przykryciem, nabiera kształtu np. schabu w sosie z zielonego pieprzu. Dodatkowo kawa, dżem, czekolady, i herbata na długie chłodne wieczory. To wszystko miało mi wystarczyć jako podstawa mojej diety. Codziennie na obiad lub na kolację serwowałem na pokładzie danie liofilizowane i mam wrażenie, że przy uzupełnieniu jadłospisu o lekkie śniadanie w postaci musli i równie lekką kolację w postaci kanapki z dżemem, miałem wystarczająco dużo energii na częste zrzucanie i stawianie co rusz nowych kombinacji żagli, czego wymagał ode mnie wrześniowy Bałtyk.

Spanie
W moim dzienniku pokładowym znalazłem taki fragment z pierwszego dnia:
Ruch statków spory. Sprawdzam, jak szybko statek zbliża się do mnie od momentu zauważenia go na horyzoncie. Wydaje mi się, że 15 minut snu nie jest głupim pomysłem, więc póki co przyjmuję następujący plan działania:
rzut oka na horyzont 2 minuty
sen 10, 15 minut
rzut oka na horyzont 4 minuty
sen 10, 15 minut
rzut oka na horyzont 6 minut
Wydaje mi się, że na takim ruchliwym odcinku czas na obserwację po każdej kolejnej drzemce musi być dłuższy, bo jak się roześpię, to zanim włączę skuteczny tryb obserwacji, minie trochę czasu.

Takie były założenia dnia pierwszego, jak to w życiu bywa, zostały mocno zweryfikowane przez kolejne noce na morzu. W pierwszej dobie po 3 dniach przygotowań, byłem nie tyle zmęczony, co podekscytowany, że udało się wystartować. Zapomniałem więc o spaniu w ciągu dnia. Podstawowa zasada, jakiej nauczyłem się od mojego kolegi marynarza, brzmi: śpij, kiedy tylko możesz i nic się nie dzieje. Święte słowa. Nie raz już się przekonałem, pływając z załogami, że spać trzeba wtedy, kiedy jest spokojnie. Gdy pewnego razu przyszło do naprawiania przez 10 godzin w nocy pletwy sterowej na środku Atlantyku, jedynym plusem było to, że przespałem wcześniej pół dnia i starczyło mi sił na całonocne naprawy. Wracając do pierwszej doby mojego rejsu, dopiero około godziny 2300 przypomniało mi się, że spać kiedyś trzeba i zacząłem wdrażać system 15 minutowych drzemek. Jak się okazało po pierwszej nocy tak się do nich przyzwyczaiłem, że z budzika można by było zrezygnować, a łódka ku mojemu zdziwieniu cały czas płynęła sama w kierunku Bornholmu.

Samosterowność
W ramach mojego niepoprawnego optymizmu założyłem, że nawet gdyby nie udało mi się tak ustawić jachtu, żeby sam, bez mojej pomocy przy sterze, płynął tam, gdzie chcę, będę sterował cały czas i jakoś to będzie. Dopiero po wypłynięciu z Gdyni, gdy ucichł szał przygotowań, postanowiłem zrobić sobie kawę i napisać kilka słów do mojego dziennika. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że każde odejście od zablokowanego steru, nawet na kilka sekund powoduje zmianę kursu i łopot żagli. Przyrządzenie pierwszej kawy wyglądało jak jakaś sztafeta, chwila przy sterze, biegiem zapalić gaz, biegiem do steru z kubkiem w ręku, oczywiście bez kawy, więc biegiem po kawę, a gaz już się pali, no tak jeszcze czajnik trzeba postawić i biegiem do steru, bo akurat żegluga gdańska wraca z Helu, biegiem po kawę… Chwila spokoju, bo w końcu woda musi się zagotować. Czajnik zaczyna gwizdać, to ster w odstawkę i po czajnik, kawa zalana i do steru. Ja się pytam, a kiedy tu czas na pisanie, czytanie, spanie i inne przyjemności rekreacyjnego pływania? Po pierwszej kawie napisałem w notesie, że bez autopilota i samosteru wiatrowego to pływać się nie da! Tym większe było moje zaskoczenie, gdy po wyjściu z zatoki, kiedy wiatr się ustabilizował co do kierunku i siły, a ja zacząłem przypominać sobie wszystkie przeczytane książki, jak to się pływało bez samosterów i autopilotów – powiązałem rumpel dwoma krawatami, ustawiłem żagle w bajdewindzie i gdy łódka zaczęła płynąć sama, to już do końca rejsu nie chciała mnie do steru dopuścić…
A poważnie – analizując temat samosterowności, w kursach ostro do wiatru, łódka z zablokowanym rumplem, za pomocą wspomnianych dwóch krawatów, lepiej utrzymywała kurs, niż gdy próbowałem sterować. Niestety na kursach z wiatrem musiałem zacząć kombinować. Przy fali z rufy i słabym wietrze w kokpicie urządzić mogłem małe rodeo. Każde odejście od steru powodowało zwrot przez rufę. Sprawę rozwiązał półmetrowy kawałek gumy z jednej strony rumpla, a z drugiej, pracujący szot foka, puszczony przez bloczek. Gdy łódka za mocno odpadała od wiatru, luzował się szot foka, a guma zaczynała pracować, dzięki temu płetwa sterowa wychylała się na nawietrzną i łódka zaczynała ostrzyć, a fok zaczynał pracować. Dość zawiłe, ale działało jak tylko wiatr był z jednego kierunku i o stałej sile. Niestety co pewien czas trzeba było poprawiać cała instalację. Drzemki musiałem ograniczyć do 10 minut.

Pływanie bez silnika
Bardzo zależało mi, żeby na pokładzie łódki nie było silnika. Skąd taki pomysł? Na początku chyba trochę tłumaczyłem to ogólnie pojętą ekologią, ale tak naprawdę chciałem zobaczyć jak wygląda prawdziwe żeglarstwo, w którym wszystko zależy od wiatru i żagli.
Główne problemy są dwa: manewry w portach i duży ruch statków. Porty tak naprawdę nie są aż takim problemem. Choć w coraz większej liczbie portów, pojawia się zakaz pływania na żaglach, ale na 7 metrową łódkę, szczególnie we wrześniu, wszyscy przymykali oko. Większym kłopotem wydają się być statki. Wyobraźcie sobie sytuację – stoicie na łódce w całkowitej ciszy, a płynie statek i pech chce, że płynie dokładnie na was. Wołacie na radiu, że nie macie manewrowości, ale jest akurat wczesny poranek i oficer na mostku przysnął przy radarze. A tu coraz bliżej, już rozpoznajecie gruszkę dziobową i wyraźnie widać nazwę na dziobie. Normalnie nigdy nie dopuścilibyśmy do takiej sytuacji, ale co gdy nie wieje już od dwóch dni, a wy ważycie kilka ton i wiosłować ciężko. Co w takiej sytuacji robić? Na to pytanie nie znalazłem innej odpowiedzi, niż nie dopuszczanie do takich sytuacji, bo później pozostaje nam chyba tylko strzelanie w mostek czerwoną rakietą. Zupełnie zmienia się spojrzenie na żeglarstwo, gdy trasa od czerwonej główki portu Świnoujście do mariny pod wiatr i pod prąd zajmuje 1,5 godziny. Z tego miejsca dziękuję Kapitanowi portu Świnoujście za wyrozumiałość i brak mandatu za kręcenie mu się w środku nocy po kanale portowym.
Przez 150 godzin przepłynąłem 558 mil morskich, co jak na dwa dni ciszy wzdłuż naszego polskiego wybrzeża daje całkiem dobrą średnią jak na moje 7 metrów pokładu. Pocieszający wniosek z całego rejsu jest taki, że statki obserwują jednak wodę dookoła i szanują ruch żaglówek.


Bartłomiej Czarciński – kapitan jachtowy, instruktor żeglarstwa.
Przygotowuje się do samotnego rejsu dookoła Świata.
Na co dzień zawodowo
związany z żeglarstwem, prowadzi Szkołę Żeglarstwa Morka.

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Directory powered by Business Directory Plugin